We wtorek wróciłam do Wrocka.Od czwartku siedziałam u mamy.Podlałam jej kwiaty, zjadłam zapasy z lodówki ;), przejrzałam pocztę i przeżyłam katharsis.W sobotę wpadłam w dolinę.Łzy zaczęły wypływać litrami.Poczułam żal, smutek,bezsilność i złość, na patową sytuację, w której się znalazłam.Chyba jestem jak dziecko.Chciałabym żyć na świecie gdzie wszystko jest kolorowe, ludzie dla siebie dobrzy i pomocni.Jestem buntowniczką, w pracy postrzegana jako silny charakter, lubię rządzić.Jednak czasem przychodzi taki dzień,że przychodzi ogromny smutek i zalewa mnie fala łez.Często nawet nie jestem w stanie powiedzieć skąd się bierze.S. wtedy pyta ale co się stało?Po prostu nie wiem ryczę i koniec.Najlepiej mi wtedy zejść z oczu i czasem nie pocieszać.Płakałam i zastanawiał się jak można kogoś wjebać na taką minę.To chyba tez zeszło się z lekturą książki Bondy ,,Polskie morderczynie".Mam wrażenie,że wypłakałam się chyba za nie wszystkie.Te historie wbiły mnie w fotel.Zamknęłam książkę i zamarłam.Nie wiedziałam,czy mam litować się nad nimi, czy potępiać.Cholernie trudne pytanie.Jeden niewłaściwy wybór, nietrafna decyzja prowadzi za kraty i rujnuje całe życie.Polecam osobom o mocnych nerwach.
Pat.Sprawa z komornikiem utknęła w martwym punkcie.Jeszcze w piątek dowiedziałam się,że płacowa nic nie dostała.Po prostu chyba jej dobremu sercu zawdzięczam to,że nie potrąciła mi z trzynastki.Wczoraj pojechałam z nią porozmawiać.Zawiozłam postanowienie sądu.Obiecała mi,że nie będzie mi na razie niczego zabierać z pensji.Rzekomo 15 stycznia komornik wysłał pismo.Mam jeszcze siłę,żeby z nim walczyć ale czuję,że trafiam na ścianę!Po południu mam zamiar do niego zadzwonić.Czekam na S., on nie będzie taki koncyliacyjny.Mordę ma wyszczekaną i niewyparzoną;)
Przy okazji wczorajszej wizyty zajrzałam do mojego babińca.Wypiłam kawę, poplotkowałam.Sytuacja z pracą robi się nerwowa.Zatrudniono mnóstwo nowych osób i raczej nie przedłużą im umów, bo muszą zrobić miejsce dla osób wracających z urlopów macierzyńskich.Ja na razie nie mam się czym martwić.Jestem daleko w kolejce do wyautowania.I kolejna nowina.Koleżance spóźnia się okres.Zamarłam.Myślałam,że poradziłam sobie z takimi nowinami, a tu nogi się pode mną ugięły.Nie panuję nad tym.Cieszę się, to moja dobra koleżanka ale jednak..Od razu pomyślałam:która to już od momentu, kiedy zaczęliśmy starać się o dziecko?Naliczyłam chyba 6!Przychodzą i odchodzą, rodzą dzieci i wracają, a ja?Rok za rokiem, kolejna kurza łapa na pysku i tyle!Czy da się nad tym zapanować, nie czuć?
Odebrałam wczoraj dyplom.Kolejny do kolekcji.Jest satysfakcja i poczucie zrealizowania tego, co sobie zaplanowałam.Mam nadzieję,że jak wrócę dostanę dodatkowe godziny.
Wczoraj się zastanawiałam czy ja jeszcze potrafię to robić.Czy będę umiała wrócić na tory.Ten hałas, rejwach, ciągły zamęt - przerażające!Oczywiście usłyszałam:Wracasz za dwa lata!Taki mam plan ale jak będzie nie wiem;)
Jutro wizyta u lekarza.Mój S. zaparł się,że przeczyta dziś ustawę (już wydrukował ) i zadzwoni do MZ.Cały On!Musi być przygotowany do walki;)Trochę obawiam się humorku mojej dr ale na razie nie nastawiam się bojowo, najwyżej zmienię lekarza.Facet jest jakoś bardziej przewidywalny;)
Okres okołoowulacyjny to jakiś koszmar.Musiałam brać tabletki przeciwbólowe.Ból jajników niewyobrażalny!Ściskanie, kłucie, raz jeden, raz drugi!Nie wiem czy walą w tym miesiącu dwu rury czy co.Może jutro zrobi mi Usg i się okaże co się tam dzieje.Wracam do gry!

